Turbo "Blizny" (recenzja)

 
Czterdzieści lat temu wkuwaliśmy regułki i daty, wbijaliśmy cudze mądrości do głów, a wciśnięci w mundurki byliśmy potulni niczym baranki idące na rzeź. Tamten świat istniał naprawdę – wtedy wszystko było "bardziej". Taki też był bunt lat 80-tych, wzniecany przez kapele pokroju Turbo. W erze cyfrowej bylejakości album "Blizny" musi odbić się szerokim echem. Narratorzy buntu co najmniej dwóch pokoleń Polaków powrócili z materiałem, którego siła rażenia ma potencjał nuklearny.

Jedenaście nowych utworów to esencja heavy metalu. Klasyczne, jadowite brzmienie stanowi nokautujący cios w stronę całego tego miałkiego szajsu, który w ostatnich latach próbuje podszywać się w radiu i sieci pod ciężkie granie. Turbo nie idzie na skróty i niczego nie udaje. Ta płyta jest wściekła. Kipi furią polskiej ulicy przełomu dekad. Całość osadzono jednak tu i teraz, wspierając szczery i dosadny przekaz dobrodziejstwami współczesnej technologii. Fundamentem są ostre riffy i kapitalna sekcja rytmiczna, która nie szczędzi porywających solówek, momentami ocierając się o metalową ekstremę. Potężna wokalna narracja z pewnością zada słuchaczom wiele ran – nie wszystkie zdążą pokryć się bliznami.
 
To niewiarygodne, że w muzyce Turbo wciąż drzemie tyle pasji, mimo tylu roszad w składzie. Z oryginalnego lineupu pozostał jedynie legendarny Wojciech Hoffmann, którego majestatowi siwych włosów dorównują wyłącznie rysy upływającego czasu na twarzy świetnego Bogusza Rutkiewicza. Reszta grupy to – zachowując proporcje – młodzież. Tomasz Struszczyk jest w kosmicznej formie i nikomu nie musi już nic udowadniać. Zbudował własną tożsamość, a "Blizny" są ukoronowaniem jego drogi z cienia wielkiego poprzednika ku blaskowi być może ostatniego tak charyzmatycznego frontmana polskiej sceny. Skład biczujący dźwiękiem uzupełniają solidny Mariusz Bobkowski na bębnach oraz Przemysław Niezgódzki na drugiej gitarze.

Choć "Blizny" to spójna, zamknięta opowieść, każdy fan gatunku znajdzie tu swój ulubiony moment. Mnie porwało przebojowe "Przyjdź do Mnie" – utwór silnie zakorzeniony w przeszłości zespołu, zwieńczony rewelacyjnymi solówkami Hoffmanna oraz gości: Wojciecha Cugowskiego i Krzysztofa Śniadeckiego. Tupię nogą i "macham czaszką", choć pióra ściąłem kilkanaście lat temu w klasie maturalnej i nigdy nie zdołałem znowu ich zapuścić. Może to te teksty tak działają? Nagle zachciało mi się taniego wina w parku...

Płyta jest drapieżna i rozpędzona ("Nowy Rozdział", "Łotr", "Zawrót Głowy"). W kompozycji "Na Dno" gryzą zapętlone riffy, a "W.W.W.W." z charakterystycznym, "imigranckim" wprowadzeniem zapewnia cały wachlarz emocji zawieszonych między hard rockiem a metalem. Jest też miejsce na zadumę. Liryczna warstwa Turbo zawsze była mi bliska. Śnię ten sam sen, co zespół w "Magnetycznym Śnie" – wciąż widzę siebie w starej bundeswehrce na ulicy pełnej dresiarzy. To piękna, podniosła ballada o wspomnieniach. Z kolei "Do Domu" brzmi jak spowiedź narratora. Agresywne partie perkusji ustępują tu miejsca refleksji, co przywodzi na myśl klimat "Strażnika Światła". Prawdziwą perłą jest jednak "Zwyczajne Nie". Wolniejsze, rozdzierane schizofrenicznym wokalem Struszczyka, momentami brzmi jak "Welcome Home (Sanitarium)" przeniesione w rok 2025. Turbo zbliżyło się tu do Metalliki bardziej niż kiedykolwiek. To absolutny top polskiej sceny XXI wieku. Po tym finale zbieram zęby z podłogi.

Warto wspomnieć o licznych gościach, którzy podnoszą wartość albumu. Totalnym zaskoczeniem jest basowy udział generała Rajmunda Andrzejczaka w intro. To dowód na to, że Turbo celuje w muzyczny kosmos. W warstwie lirycznej "Blizny" opowiadają o życiu, które przeminęło, ale o którym pamiętamy, bo zostawiło ślady w duszy i pod skórą. To perspektywa jednostki, ale i autodestrukcyjnego społeczeństwa. Generał Andrzejczak przypomina, że to samo życie w innych częściach świata rozdziera dziś wojna.

Kiedyś protestowaliśmy przeciwko systemowi. Komuna wkurzała każdego. Dziś żyjemy w demokracji, ale otaczająca nas wolność zaczyna nas dusić. Świat pełen udawanych uczuć i zła sprawia, że zaczynamy przegrywać to, o co walczyliśmy. Nie ma w Polsce zespołu, który lepiej zdefiniowałby ten stan niż Turbo. "Blizny" to jedna z najlepszych heavymetalowych płyt, jakie słyszałem w tym stuleciu.
 
9/10





Skład: Tomek Struszczyk (g, w), Wojciech Hoffmann (g), Przemek Niezgódzki (g), Bogusz Rutkiewicz (b), Mariusz Bobkowski (p), a także gościnnie Bartosz Struszczyk (w), Pitor Cugowski (w), Wojtek Cugowski (w), Krzysiek Śniadecki (g), Mirek Muzykant (p), gen. Rajmund T. Andrzejczak (b), Agnieszka Kowalczyk (wiola)
 
Tracklista:
1. Intro
2. Nowy Rozdział
3. W.W.W.W.
4. Łotr
5. Przyjdź do Mnie
6. Magnetyczny Sen
7. Zawrót Głowy
8. Na Dno
9. Do Domu
10. Zwyczajnie Nie
11. Spokojny
Kraj:
Polska

Produkcja:
Przemysław Nowak, Turbo

Dystrybucja:
Mystic Production

Rok wydania:
2025

Krótki strzał: Turbo nie idzie na skróty i niczego nie udaje. Ta płyta jest wściekła. Kipi furią polskiej ulicy przełomu dekad.


Piękny Mirek