Kreator "Krushers Of The World" (recenzja)

Czy w 2026 roku Kreator wysyła do fanów pocztówkę z wymownym dopiskiem: "nasz czas powoli przemija"? Można odnieść wrażenie, że szesnasty album studyjny niemieckiej legendy, zatytułowany "Krushers Of The World", jest mocno podszyty sentymentem. Pod względem lirycznym Mille Petrozza podkreśla nierozerwalną więź zespołu z oddaną bazą fanów, choć nie brakuje tu typowej dla nich poetyki horroru, uderzeń w mechanizmy manipulacji czy zgubne ideologie. To Kreator z misją. Dźwiękowa kronika pisana na krawędzi upadającego świata.

Oprawa graficzna autorstwa Zbigniewa M. Bielaka, artysty skądinąd znakomitego, budzi mieszane uczucia. Choć autor prawdopodobnie celował w surową estetykę metalu lat 80-tych, efekt końcowy ociera się o karykaturę. Warto jednak pamiętać, że okładki nie grają. Fala hejtu, która przetoczyła się przez media, wydaje się kompletnym nieporozumieniem. Choć dziś byle iskra wznieca burzę, trzeba oddać zespołowi sprawiedliwość: "Krushers Of The World" to świetny materiał. Może nie jest to kamień milowy na miarę ich największych dzieł, ale bez wątpienia to jedna z najmocniejszych pozycji w dyskografii grupy w ostatniej dekadzie.

Turbo "Blizny" (recenzja)

 
Czterdzieści lat temu wkuwaliśmy regułki i daty, wbijaliśmy cudze mądrości do głów, a wciśnięci w mundurki byliśmy potulni niczym baranki idące na rzeź. Tamten świat istniał naprawdę – wtedy wszystko było "bardziej". Taki też był bunt lat 80-tych, wzniecany przez kapele pokroju Turbo. W erze cyfrowej bylejakości album "Blizny" musi odbić się szerokim echem. Narratorzy buntu co najmniej dwóch pokoleń Polaków powrócili z materiałem, którego siła rażenia ma potencjał nuklearny.

Jedenaście nowych utworów to esencja heavy metalu. Klasyczne, jadowite brzmienie stanowi nokautujący cios w stronę całego tego miałkiego szajsu, który w ostatnich latach próbuje podszywać się w radiu i sieci pod ciężkie granie. Turbo nie idzie na skróty i niczego nie udaje. Ta płyta jest wściekła. Kipi furią polskiej ulicy przełomu dekad. Całość osadzono jednak tu i teraz, wspierając szczery i dosadny przekaz dobrodziejstwami współczesnej technologii. Fundamentem są ostre riffy i kapitalna sekcja rytmiczna, która nie szczędzi porywających solówek, momentami ocierając się o metalową ekstremę. Potężna wokalna narracja z pewnością zada słuchaczom wiele ran – nie wszystkie zdążą pokryć się bliznami.

Lacuna Coil "Sleepless Empire" (recenzja)


Pamiętam, gdy ćwierć wieku temu, w moim zamkniętym pokoju podczas sesji któregoś odcinka Hell's Kitchen na łamach starej dobrej Vivy Rock, wyobrażałem sobie, że mógłbym zaśpiewać utwór w duecie z Kryśką Scabbią. W zasadzie to wyobrażałem sobie, że mógłbym z nią robić więcej. Mój stary pokomunistyczny Unimor rozgrzewał się do czerwoności, siwy dym z niego leciał mocniej, niż ze śląskich kopalni, a ściany trzeszczały bardziej, niż ruska pralka moich rodziców. Włoska kapela Lacuna Coil dopiero wchodziła wtedy na rynek z pierwszymi albumami w dyskografii.

Zespół osadzony gdzieś pomiędzy rockiem, gotykiem i nowym metalem szybko zdobył popularność właśnie ze względu na piękną Kryśkę, którą w partiach wokalnych wspierał jej regularny przydupas Andrea Ferro. Głowy nie urywało, brzmiało dziwnie, ale miało swój urok. Zresztą jak wszystko w czasach, gdy Hell's Kitchen nie kojarzył się jeszcze z wysublimowaną potrawką z ptaka złapanego nad pięknym jeziorem, ozdobionego bażancim piórem i polanego czosnkowym beszamelem. Dlaczego o tym mówię? Ano, Lacuna Coil właśnie wydała dziesiąty album studyjny zatytułowany "Sleepless Empire".

Judas Priest "Invincible Shield" (recenzja)

Dziś każdy ma dwadzieścia lat. Nawet oni, weterani z Judas Priest. Liczby nie grają, choć trudno ich uniknąć w zestawieniu z najnowszym studyjnym dziełem legendarnej heavymetalowej kapeli zatytułowanym „Invincible Shield”. 

Tak oto tą opowieść zaczynam, a jakże, od liczb. Otóż od kilkunastu lat staram się być poważnym facetem, wykonującym odpowiedzialną pracę, do której zakładam eleganckie spodnie, koszulę i marynarkę. Czasem pozwalam sobie na szaleństwo i przychodzę do pracy w jeansach, niekiedy też łamię niepisane prawo doczepiając przypinkę ulubionego zespołu w widocznym miejscu garderoby. Ot, poważne i dorosłe życie, które często po prostu mnie wkurwia. Bywają jednak takie momenty, że powracam do dzikich czasów, w których nie obowiązywały żadne konwencje. Bywają momenty, że mam dwadzieścia lat. Jednym z nich jest każdorazowa premiera albumu Judas Priest. Nawet takiego starego dziada, jakim powoli się staję, muszą elektryzować takie krążki jak „Invincible Shield”. Czad, energia, żywioł. Heavy metal w najlepszym wydaniu, który zmiata te wszystkie śmieszne neo gatunki muzyczne z powierzchni ziemi. Dziś znowu jestem młody, tak jak muzycy Judas Priest, bo dałem się porwać ich najnowszemu dziełu.

In Flames "Forgeone" (recenzja)

 

Trzydzieści trzy lata temu w Goteborgu narodziła się kapela In Flames. Czas płynie w tempie riffów Björna Gelotte, czyli w zasadzie zapierdala. Nieliczni pamiętają takie nagrania, jak "Lunar Strain", "The Jester Race" czy "Whoracle", które w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku ugruntowały Szwedom drogę do szerokiej rozpoznawalności. Połączenie melodyjności z death metalem było w swoim czasie brzmieniową rewelacją, a pełni energii muzycy szturmem podbijali kolejne kraje. Wystarczył magnetofon i mocne ściany. Dziś In Flames to projekt międzynarodowy, chciałoby się powiedzieć szwedzko-amerykański, ale mając na uwadze ostatni zaciąg do zespołu, w tym również producenta Howarda Bensona oraz inżynierów dźwięku, łatwo o wrażenie, że kapela bardzo się zamerykanizowała. W tym nurcie brzmi jej najnowsze dzieło pt. "Foregone".

Czternasty duży krążek In Flames kontynuuje kierunek wyznaczony przez, ekhm, Szwedów, w okolicach albumu "Battles" wydanego przed siedmioma laty. Właśnie wtedy za produkcję muzyki kapeli wziął się Howard Benson, a jej skład zaczął w kolejnych latach ulegać wietrzeniu. Kto dziś pamięta, że w In Flames grali Jesper Strömblad, Daniel Svensson, Peter Iwers czy Niclas Engelin? Wikingowie przypomnieli o sobie w ubiegłym roku w The Halo Effect, ale to w końcu opowieść o krążku zatytułowanym "Foregone", którym przewodzą dziś jarl Anders Friden i jego wierny towarzysz Björn Gelotte. Amerykański zaciąg In Flames uzupełniają Bryce Paul, Tanner Wayne i świeżutko zwerbowany Chris Broderick, który jednak w ostatnich latach występował na koncertach zespołu.