Judas Priest "Invincible Shield" (recenzja)

Dziś każdy ma dwadzieścia lat. Nawet oni, weterani z Judas Priest. Liczby nie grają, choć trudno ich uniknąć w zestawieniu z najnowszym studyjnym dziełem legendarnej heavymetalowej kapeli zatytułowanym „Invincible Shield”. 

Tak oto tą opowieść zaczynam, a jakże, od liczb. Otóż od kilkunastu lat staram się być poważnym facetem, wykonującym odpowiedzialną pracę, do której zakładam eleganckie spodnie, koszulę i marynarkę. Czasem pozwalam sobie na szaleństwo i przychodzę do pracy w jeansach, niekiedy też łamię niepisane prawo doczepiając przypinkę ulubionego zespołu w widocznym miejscu garderoby. Ot, poważne i dorosłe życie, które często po prostu mnie wkurwia. Bywają jednak takie momenty, że powracam do dzikich czasów, w których nie obowiązywały żadne konwencje. Bywają momenty, że mam dwadzieścia lat. Jednym z nich jest każdorazowa premiera albumu Judas Priest. Nawet takiego starego dziada, jakim powoli się staję, muszą elektryzować takie krążki jak „Invincible Shield”. Czad, energia, żywioł. Heavy metal w najlepszym wydaniu, który zmiata te wszystkie śmieszne neo gatunki muzyczne z powierzchni ziemi. Dziś znowu jestem młody, tak jak muzycy Judas Priest, bo dałem się porwać ich najnowszemu dziełu.

Anglicy mieli różne momenty w swojej karierze. W każdym razie okazuje się, że niektórzy ludzie są niezastąpieni, bo o ile ostatecznie z ciężkim bólem serca można wyobrazić sobie funkcjonowanie kapeli bez K. K. Downinga, o tyle bez Roba Halforda to nie ma sensu, czego dowodzą albumy nagrane bez niego w składzie. Szanuję jego tymczasowego następcę Rippera, ale wokal made in Judas Priest ma tylko jedno nazwisko – Halford. Żywotność i energia człowieka, w którego wieku większość z nas samców uprawia ogródek lub o wiele częściej wącha kwiatki od spodu, jest absolutnie niesamowita. Mister Halford najwyraźniej się nie starzeje, bo jego partie wokalne z miejsca stają się jednym z najmocniejszych atutów „Invincible Shield”. To niewiarygodne ile pasji i zadzioru potrafił wykrzesać z siebie na nowym krążku Judas Priest. 

Żonglerka liczbami nie ustaje. Można wszak przerzucać się nimi, grzebać w historii heavy metalu, dokopując się końcówki lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, czy też wyliczać ile łącznie dziś wynosi suma wieku twórców albumu „Invincible Shield”, ale to zajęcie dla statystyków, matematyków i nudziarzy. Ciało i emocje mówią jedno: Judas Priest napierdala aż miło! Na nowym krążku legendy z Birmingham nie ma miejsca na eksperymentowanie, czy też poszukiwanie czegoś nowego na siłę. Kapela nagrała album w swoim stylu. Wypełniony po brzegi soczystym i zarazem drapieżnym heavy metalem, zostawiając daleko z tyłu wiele młodszych zespołów. To uczucie po zderzeniu z „Invincible Shield” jest czymś charakterystycznym w stylu: „Bogowie mają się dobrze”. Definicja heavy metalu. Kanon. Być może ostatnia wiadomość dla potomnych. 

W podstawowej wersji krążek zawiera jedenaście kompozycji, w wersji rozszerzonej dodatkowe trzy, gdzie szczególnie daje popalić hardrockowy „Fight of Your Life”, będący chyba mrugnięciem oka kapeli w kierunku sesji z 1982 roku. Album wypełniają drapieżne, nie dające wytchnienia kawałki. Tempo, jakie Judasi narzucili na swoim dziewiętnastym dużym krążku, jest piekielnie szybkie. Doskonałe współbrzmienie instrumentów i niezmordowany wokal Roba Halforda decydują o wyjątkowej sile rażenia „Invincible Shield”. Nie ma tu miejsca na sentymenty, choć niektóre fragmenty albumu, szczególnie na poziomie gitar i perkusji, czytelnie nawiązują do klasycznego „Painkillera” z 1990 roku. Nie brakuje tu też hard rocka (np. „Devil in Disguise”), tak jakby kapela chciała przypomnieć o swojej tożsamości, z której przecież wspięła się na heavymetalowy Olimp. Do tego dochodzą rewelacyjne solówki gitarowe, takie które są skutecznym aerozolem na smród po nieobecności K. K. Downinga. 

Kapela nieco też zwalnia na dystansie płyty, choć nie znalazła się tu żadna ballada, czy jakikolwiek spokojniejszy utwór. W każdym razie w kompozycji „Crown Of Horns” Judasi nie spieszą się tak, jak w innych częściach albumu. Utwór oparty na dosyć nośnej strukturze nie bez przyczyn trafił do radia. Hymnowy, łatwo wchodzący klimat, osadzony w charakterystycznym stylu to jeden ze sposobów na zwiększanie popularności wymierającego gatunku dinozaurów – ten pocisk dotrze wszak do szerszego grona odbiorców. Będzie tak też z pewnością w przypadku utworu „Trial By Fire”, choć tu akurat ponad muzyką czynnikiem zwiększającym zasięgi musi być klimatyczny teledysk. W detalu klasykami z pewnością staną się takie bezkompromisowe strzały jak „Panic Attack” (czuję się znokautowany!), „The Serpent and the King” oraz galopujący, fragmentami nieco refleksyjny „Giants in the Sky”. Utwór tytułowy też nie bierze jeńców. Do heavymetalowej kuźni rzemieślniczego grania muszą wejść „As God is my Witness”, „Sons of Thunder” i przede wszystkim szpanerski „Gates of Hell” (patrzcie i słuchajcie czym jest i jak powinien brzmieć heavy metal!).

Puenta będzie krótka. Dopóki gra i tworzy Judas Priest, dopóty żyje heavy metal. Są słuchacze, dla których ten gatunek może wydawać się dziś archaiczny, bo nie ma w nim fajerwerków, szokowania na siłę i udawania kogoś, kim się nie jest. Świat opiera się dziś w dużej mierze na odgrywaniu ról. Muzycy Judas Priest pod tym względem nie dostaliby się do żadnej szkoły aktorskiej. Są szczerzy do bólu. Wierni heavy metalowi. Prawdziwi. Taki też jest album „Invincible Shield”. Wielki w swej muzyczne naturze. Dedykowany pokoleniu X i milenialsom, którzy w rzemiośle odnajdą fragmenty swojego dawnego życia.

9/10



Skład: Rob Halford (w), Glenn Tipton (g), Richie Faulkner (g), Ian Hill (b) i Scott Travis (p)
 
Tracklista:
1. Panic Attack
2. The Serpent and the King
3. Invincible Shield
4. Devil in Disguise
5. Gates of Hell
6. Crown of Horns
7. As God Is My Witness
8. Trial by Fire
9. Escape from Reality
10. Sons of Thunder
11. Giants in the Sky


Kraj:
Wielka Brytania

Produkcja:
Andy Sneap

Dystrybucja:
Columbia

Rok wydania:
2024

Krótki strzał: Ciało i emocje mówią jedno: Judas Priest napierdala aż miło! 


Piękny Mirek