In Flames "Forgeone" (recenzja)

 

Trzydzieści trzy lata temu w Goteborgu narodziła się kapela In Flames. Czas płynie w tempie riffów Björna Gelotte, czyli w zasadzie zapierdala. Nieliczni pamiętają takie nagrania, jak "Lunar Strain", "The Jester Race" czy "Whoracle", które w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku ugruntowały Szwedom drogę do szerokiej rozpoznawalności. Połączenie melodyjności z death metalem było w swoim czasie brzmieniową rewelacją, a pełni energii muzycy szturmem podbijali kolejne kraje. Wystarczył magnetofon i mocne ściany. Dziś In Flames to projekt międzynarodowy, chciałoby się powiedzieć szwedzko-amerykański, ale mając na uwadze ostatni zaciąg do zespołu, w tym również producenta Howarda Bensona oraz inżynierów dźwięku, łatwo o wrażenie, że kapela bardzo się zamerykanizowała. W tym nurcie brzmi jej najnowsze dzieło pt. "Foregone".

Czternasty duży krążek In Flames kontynuuje kierunek wyznaczony przez, ekhm, Szwedów, w okolicach albumu "Battles" wydanego przed siedmioma laty. Właśnie wtedy za produkcję muzyki kapeli wziął się Howard Benson, a jej skład zaczął w kolejnych latach ulegać wietrzeniu. Kto dziś pamięta, że w In Flames grali Jesper Strömblad, Daniel Svensson, Peter Iwers czy Niclas Engelin? Wikingowie przypomnieli o sobie w ubiegłym roku w The Halo Effect, ale to w końcu opowieść o krążku zatytułowanym "Foregone", którym przewodzą dziś jarl Anders Friden i jego wierny towarzysz Björn Gelotte. Amerykański zaciąg In Flames uzupełniają Bryce Paul, Tanner Wayne i świeżutko zwerbowany Chris Broderick, który jednak w ostatnich latach występował na koncertach zespołu.
 
Ciekawe czy to ten sam Broderick otworzył nowy album In Flames? Materiał w akustycznym utworze "The Beginning Of All Things" brzmi trochę jak na ognisku, tudzież może przywoływać skojarzenia z gitarowymi otwarciami klasycznych nagrań amerykańskiej sceny thrashu. Jakkolwiek by nie było, to zaskakuje. Brzmi o wiele bardziej, niż rodowód twórczości Brodericka, aniżeli In Flames, ale o amerykańskich wpływach w zespole już przecież wspominałem. W pozostałych jedenastu utworach jest lepiej, choć nie oznacza to, że "Foregone" stanie się opus magnum zespołu. Ja określiłbym ten materiał logiczną konsekwencją zmian w zespole w ostatnich latach. Byłoby dużym nadużyciem, gdyby napisał, że In Flames próbuje przypodobać się szerszej grupie słuchaczy, bo tu jednak wciąż mamy do czynienia z agresywną, drapieżną muzyką, ale niewątpliwie jest ona bardziej przystępna dla amerykańskiego fana, niż było to w przeszłości.

Instrumentaliści na "Foregone" napierdalają aż ziemia się trzęsie, nie rezygnując przy tym z charakterystycznych melodyjnych urozmaiceń, które stały się znakiem rozpoznawczym In Flames, choć w dużej części nowy album grupy wcale o melodie się nie upomina. W okolice surowego death metalowego rzemiosła zabierają takie petardy, jak "State Of Slow Decay", pierwsza część utworu tytułowego, "The Great Deceiver" i "A Dialogue In B Flat Minor" (groove!). To nie muzyka, to dzikie zwierzęta spuszczone ze smyczy, które warczą i gryzą! Rewelacyjnie brzmią tu wszelkie solówki gitarowe, wystrzelone niczym z procy z riffów gitarowych, w ilości takiej jakby twórcy In Flames mieli gdzieś ukrytą kopalnię solówek gitarowych, a peasanci Gelotte i Broderick co chwilę je wydobywali. Jest ich naprawdę dużo, stanowią na ogół efektowne rozwinięcie motywów prezentowanych w podstawowej części wspomnianych utworów. Oczywiście brutalizacja brzmienia tych utworów nie jest odporna na kompromisy - będą w nich elementy melodyjne, ale w mniejszej ilości, niż to In Flames ma w zwyczaju.

Ale hola! Na szczęście muzycy In Flames nie rezygnują z tego, co sprawiło, że o grupie zrobiło się głośno. Chodzi właśnie o melodie. Pod wieloma względami album "Foregone" jest surowy. Nie zawsze do szwedzko-amerykańskiej wściekłości melodie pasują, ale i one znalazły swoje miejsce na krążku. W pierwszym rzędzie warto wspomnieć o świetnym utworze "Meet Your Maker", któremu najbliżej (na dystansie całego albumu) do dawnej twórczości grupy. Szybka, zadziorna kompozycja, naładowana mocnymi zagrywkami gitarowo-perkusyjnymi, ale też charakterystycznymi wokalami Andersa Fridena i nieszablonową strukturą numeru. Lubię to i napierdalam dalej. Nie do końca dałem się przekonać numerowi "Bleeding Out". Nawet nie chodzi o to, że Bleeding w tytule wywołuje u mnie niemiłe wspomnienia, co fakt, że kompozycja niczym się nie wyróżnia, raczej wtapiając się w tracklistę na zasadzie jej wydłużania, jak to robili muzycy Iron Maiden na "Fear Of The Dark". Pewnie gdyby nie spektakularne efekty i kolejna porcja riffów wystrzelonych z czarnobylskiego reaktora, to w podobny sposób mógłbym napisać o kończącym transmisję utworze "End Of Transmission", ale ze względu na wspominane, muszę przyznać, że to mocna pozycja w trackliście "Foregone".

Jeszcze inny wymiar muzyki In Flames proponuje w drugiej części utworu tytułowego i w kompozycji "Pure Light Of Mind". Jest wolniej, ale wciąż ciężko. Pojawiają się melodie i dużo miejsca na refleksyjność Andersa Fridena. Fragmentami brzmi to bardzo hymnowo, niemalże pompatycznie. Ten rodzaj wrażliwości kapeli występował czasem w jej nagraniach, ale na ogół w znacznie cięższym otoczeniu instrumentalnym. Grupa zwalania też w utworze "Cynosure", ale już bez nadmiernej ilości pompatyczności, tworząc raczej możliwości zaprezentowania się szerszej publiczności kolesiowi, którego na razie nikt nie zna. Tak, na basie w In Flames gra aktualnie Bryce Paul, który właśnie w "Cynosure" wyraźnie zaznaczył swoją obecność, zresztą wdając się w nieźle brzmiący dialog z gitarzystami.

Rewelacyjnie wybrzmiewa kompozycja "In The Dark", która jest moim osobistym faworytem na krążku. Utwór opiera się na ciężkim klimacie łączycym groove i death metal. Anders Friden zdziera tu gardło, co najmniej tak jakby miał jakieś dwadzieścia lat mniej, a Gelotte i Broderick tworzą mocne, wgniatające w ziemię riffy gitarowe. Po kilkudziesięciu sekundach solidnego metalowego rzemiosła następuje charakterystyczne przełamanie utworu, jego całkowita zmiana klimatu ku czci melodii z Goteborga, aby w kolejnej części powrócić do metalowego zasuwu, który wieńczy świetne, wielopiętrowe solo gitarowe. Bez wątpienia to jeden z najmocniejszych punktów albumu "Foregone".

Finalnie "Foregone" to dzieło atomowe. Bez wątpienia najlepsze w "nowej" twórczości In Flames. Kapela nawet nie próbuje poszukiwać swojej tożsamości sprzed trzydziestu lat, ale jej esencjonalna wściekłość aż wylewa się z niektórych utworów w zawartości "Foregone". Do tego dochodzą charakterystyczne dla In Flames melodie. Jest i miejsce na refleksję. Wikingowie Friden i Gelotte mają się więc zajebiście, a zrekrutowani przez nich kapłani nowego świata dzielnie słuchają ich pomysłów. Nie chcę przesadzić ze sformułowaniem, że to renesans In Flames, ale na pewno do "Foregone" będę jeszcze wielokrotnie wracał. Przy okazji zapomniałem już o trzech poprzednich albumach grupy.  

8/10

Skład: Anders Friden (w), Bjorn Gelotte (g), Chris Broderick (g), Bryce Paul (b), Tanner Wayne (p)
 
Tracklista:
1. The Beginning Of All Things
2. State Of Slow Decay
3. Meet Your Maker
4. Bleeding Out
5. Foregone Pt. 1
6. Foregone Pt. 2
7. Pure Light Of Mind
8. The Great Deceiver
9. In The Dark
10. A Dialogue In b Flat Minor
11. Cynosure
12. End The Transmission


Kraj:
Szwecja

Produkcja:
Howard Benson

Dystrybucja:
Nuclear Blast

Rok wydania:
2023


Krótki strzał: In Flames bierze amerykańskich jeńców i zapierdala w nowym szwedzkim stylu - agresją i melodią. 


Piękny Mirek